Przeżuta, wymięta, pognieciona głowa opada na poduszkę, tuli mnie kurz. Gdzieś obok jeszcze ciepłe od wtedy, od zimy, kiedy co noc tutaj, kontury Twoich ramion. Strzepuję z powiek sny o Tobie, gdy wyciąga po mnie dłonie poranek, ekran telefonu znów na cztery strony świata promieniuje pustką. Było na dobranoc kilka słów, więc nie mam co zasysać z bólu powietrza, przecież jesteś tylko trochę w przestrzeni mojego czasu. Do niedawna dałabym wydłubać sobie oczy, taka byłam pewna, że męczyć może niedobór witamin, brak snu, deszcz za oknem i po brzegi wypełnione kartki kalendarza. A teraz, gdy pierwszy strumień świtu zalewa mi twarz, aż po wieczór, gdy gaśnie światło i pospiesznie sobie Ciebie wyobrażam, okazuje się, że najwięcej energii zużywam na dopasowanie Ciebie do siebie, siebie do Ciebie, nas do życia jako-takiego. Na przyzwyczajenie się, że mój-niemój, niebo chropowate, ciało puszczone przez niszczarkę do papieru, twarz jesienna i ani razu, i pewnie już nigdy więcej ''kochanie''. Że stop bliskości, że nie obok siebie, nie ze sobą, że w sobie tylko raz na jakiś czas, że popołudnia szare takie, jakby ktoś okrył słońce kocem. I ledwie nadążam z wycieraniem łez, kiedy leżymy nago w rozgrzanej pościeli, a Ty na moment odwracasz głowę.