czwartek, 31 maja 2012

jak gejsza bez kimona, Yoko Ono bez Lennona

Przeżuta, wymięta, pognieciona głowa opada na poduszkę, tuli mnie kurz. Gdzieś obok jeszcze ciepłe od wtedy, od zimy, kiedy co noc tutaj, kontury Twoich ramion. Strzepuję z powiek sny o Tobie, gdy wyciąga po mnie dłonie poranek, ekran telefonu znów na cztery strony świata promieniuje pustką. Było na dobranoc kilka słów, więc nie mam co zasysać z bólu powietrza, przecież jesteś tylko trochę w przestrzeni mojego czasu. Do niedawna dałabym wydłubać sobie oczy, taka byłam pewna, że męczyć może niedobór witamin, brak snu, deszcz za oknem i po brzegi wypełnione kartki kalendarza. A teraz, gdy pierwszy strumień świtu zalewa mi twarz, aż po wieczór, gdy gaśnie światło i pospiesznie sobie Ciebie wyobrażam, okazuje się, że najwięcej energii zużywam na dopasowanie Ciebie do siebie, siebie do Ciebie, nas do życia jako-takiego. Na przyzwyczajenie się, że mój-niemój, niebo chropowate, ciało puszczone przez niszczarkę do papieru, twarz jesienna i ani razu, i pewnie już nigdy więcej ''kochanie''. Że stop bliskości, że nie obok siebie, nie ze sobą, że w sobie tylko raz na jakiś czas, że popołudnia szare takie, jakby ktoś okrył słońce kocem. I ledwie nadążam z wycieraniem łez, kiedy leżymy nago w rozgrzanej pościeli, a Ty na moment odwracasz głowę.