Wczoraj. Trzydziesty dzień listopada, listo-pad, spadające listy, lista piosenek o Tobie i o mnie, trzydziesty dzień listopada - r o k. Od roku egzystencja na krawędzi (tfu!) monety i nie, nie rób takiej miny, nie chcę nas sprowadzać do zaciągniętego długu i przymusu opłaty, po prostu nie ma nic bardziej i jednocześnie mniej wartościowego od kilku złotych w portfelu, gdy jawi się wizja złej nocy, gdy gaśnie zapalniczka. Rok, który był każdym z tysiąca stanów skupienia, stanów zjednoczonych i stanów nieco bardziej podzielonych. Rok, który przetrwał, lub, który było dane przetrwać nam. Wszystko sprowadza się tutaj do momentów, gdy stykają się wargi, chociaż zdarza im się jak tramwaj, spóźnić nieco, nie przyjechać, nie dać wejść z powodu tłoku. Trzydziesty dzień listopada dwa tysiące jedenaście - zjawiasz się, trzydziesty dzień listopada dwa tysiące dwanaście - trwasz. Trzydziesty dzień listopada, chociaż po drodze były smęty, zawodzenia, lamenty gdańskie. Trzydziesty dzień listopada i nie ma miejsca na andrzejki, bo się świętuje Ciebie i mnie, bo się uświęca znaczenie Twojego języka na moim brzuchu. Trzydziesty dzień listopada i można napisać atlas swoich ciał. Chodź, chodź. Gaszę światło i płynę przez światy, drogę rozjaśnia płomyk, chociaż nie nazywają mnie tu już dziewczynką z zapałkami.
Trzydziesty dzień listopada i wciąż
''najbardziej lubię patrzeć, kiedy śpisz.''
''najbardziej lubię patrzeć, kiedy śpisz.''