niedziela, 3 czerwca 2012

Odpocznę. Czuję już pod skórą zapach Krakowa, Wisłę mam w źrenicach, chociaż naturalnie ciemne, smak miasta delikatnie chowam pod językiem. To miejsce zawsze jak wiatr, który mgłę przegania złośliwą, to miejsce zawsze oczyszczało umysł, pilnowało, by się koronka nie rwała bardziej, by nie rozpikselować się na ekranie po powrocie, by przeżyć, nie przeistnieć, by ciało miało swoje cztery ściany, by każde płuco bawiło się dymem, zamiast w nim szukać rozpaczy, by się pozbyć pragnień zniszczenia każdego napotkanego człowieka by, wreszcie, uśmiechnąć się na myśl, że za parę lat część (nie)życia spędzę właśnie tutaj, być może z okna obserwując Sukiennice.
Nie chce mi się bawić w gry słowami, w układnie logarytmów z liter, w ładne, zgrabne dobieranie sylab. Nie mam siły na podszepty palców, walizka w rozsypce większej niż ja. Trzeba to naprawić. Albo przeczekać, chociaż nie zrobi się samo. Nic.
Chciałabym, żeby ktoś na wallu napisał, że będzie dobrze, wstawił ''Do kołyski'' albo gdzieś, kiedyś, podszedł, przytulił. Klapki na oczach. Mylą się myśląc, że mam dobry humor. To moja twarz się uśmiecha. Nigdy duma nie pozwalała prosić o pomoc.
Dobrze będzie zostawić Cię za sobą. Pięć dni. Trzeba biec, wybiec sobie naprzeciw, przegonić pociągi, miasta, ludzi i wszystkie wiersze.
Do zobaczenia.


nigdy w życiu nie potrzebowałam być tam tak bardzo, jak dzisiaj.