Jedna była taka, co to nie widziała od miesiąca i mimo wszystko mogła żyć bez powietrza. Ja nie mogę, nie widziałam Cię kilka tygodni, nie mogłam zamknąć w ramionach, nie miałam szans zasnąć w jednym łóżku, kiedy obie zniszczone dniami bez siebie, stęsknione, grzęznące w sobie niczym pnie starych drzew zakorzenione w glebie bez możliwości zmiany miejsca i czuję się niepełna. Bez Ciebie staję się zachodem słońca, bez Ciebie panuje ten zły spokój, ten nudny, przewidywalny deszcz konkretów, braku nowości, bez Ciebie wiersze tracą sens i jakoś mniej się błyszczę. Powinnam przeprosić Cię za to, że czasami nie mówię dobranoc, że przeze mnie niekiedy chudnie księżyc i martwisz się, prosisz, płaczesz, a ja uparcie milczę i mojej walizki nie ma na środku Twojego (naszego?) pokoju, że krzesło przy ścianie jest puste, nie brudzę kolejnego kubka, nie mogę dotknąć i uśmiechnąć się. I przeprosiłabym, poskładałabym jakoś litery w mozaikę, słowa w obrazy, zdania w książkę, ale są luki nie do wypełnienia, przecież wiesz. Czas nie do nadrobienia, choćbyśmy się dały za to pociąć, zamknąć w trumnie i pogrzebać. Poza tym nie tego nam trzeba, priorytetem jest spotkanie, widzenie, czucie, delikatnienie w swoich oczach, zwiększenie ostrości patrzenia w mgłę. To nie jest spisanie na straty, ani na zyski, to musi być pisane na obecność, zaklęcie, abrakadabra i jestem. Nie chodzi o to, że tęsknię mniej, po prostu czasami ciężko być, kiedy dzielimy się na dwa miasta. A wykonalne. Wyję do gwiazd, w które wiem, że patrzysz, żeby poczuć Twoją dłoń w mojej, żeby wypełnić Tobą moją głowę. Jak zawsze pachniesz Czajczą, plantami, ławką na Półwiejskiej, kawą i dobrą muzyką, jak zawsze pleciemy warkocze bzdur wypełniający nimi każdy szary kąt tego miejsca, rzucając zdaniami pełnymi polotu w smutnych ludzi, dla który niebo kryje się gdzieś pod chodnikiem. Nie zrozum mnie źle, ja byłam jestem i będę na wieki, na dłonie, na mosty, na plaże, rzeki, domy, morza, chmury, deszcze, pogodę, złość, na stycznie, wiosny, poranki, wieczory, herbaty, spacery. Nigdzie się nie wybieram, bo od siebie odejść nie można, a przecież Ty jesteś mną, ja Tobą i tak zostanie, bo tworzymy własne galaktyki, ale czasami nie mam siły przeciskać liter przez kilometrowe szczeliny dzielące nasze monitory, nie zawsze mam jak przepchnąć głos w Twój telefon i nie zawsze starczy czasu na obarczanie listonosza kolejną kopertą pokrytą myślami o Nas. Czasami jedyne, co mogę zrobić, to przekazać znak pokoju, w wystukanym na szybko żyję, brakuje mi Ciebie, już niedługo, a i to rujnuje równowagę, którą udało się odzyskać, rujnuje brak sprzeciwu w stosunku dni bez Ciebie. Już rozumiesz? Moje milczenie to rodzaj buntu wymierzony w świat, który z nas zadrwił, a uderza w nas. Błąd, za który płacimy wysoką cenę, bo od szukania rozwiązań byłaś Ty. Ale waluta to My, a więc rzecz nieskończona, nie zmniejszająca się mimo mojej coraz większej głupoty. Pamiętaj, że to, co świeci, to żadne tam głupie słońce absurdalnie oczywiste, że to jesteśmy My zaklęte w przyszłość. Kupuję od czasu do czasu jakieś umilaczo-zapominacze, jakieś piwa, wódki, szampany, jakieś tam zielone i tytoniowych przyjaciół, żeby szybciej leciały sekundy, które nas rzucają na przeciwne strony równika. Bo przecież / świat istnieje tylko / od Poznania / do Gdańska. Uciekam w Niego, jakby to miało sprawić, że problemy na miejscu przerosną te związane z Nami, które wiją się w przestrzeni obarczając mnie dodatkową grawitacją, sieję (samo)zniszczenie, odnoszące się do mnie i pełniące funkcję części mowy dookreślającą, że to jedyne, co robię. Plotę 3po3, lecę w kosmos myśli, wirus, trojan, ja i Ty walczące z rakiem odległości. Strzelba, miecz, pistolet, nóż, złe słowa, niezrozumienie, przeszkadzanie, wyszydzanie, brak wiary w przyjaźń - cały świat i my - serca. W stosunku dziewięć do jednego odniesiemy miażdżącą przewagę, bo kocham Cię najmocniej, jak potrafię, chociaż czasami robię to nie tak, jakbyś sobie tego życzyła.